menu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obraz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obraz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 października 2019

Kolografia w odcieniach... ciemności

"Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę..."

A wszystko dlatego, że szaro-bura jesień zagnieździła się za oknami. Co prawda ostatnio na szczyty Tatr spadło ponad 10 cm śniegu, ale jakoś ta biel nie chce rozjaśniać ciemności, jaka rozciąga się pod deszczowymi chmurami. Dlatego też moje dzisiejsze (po)tworki są w czarnych kolorach, ehhh...

Ostatnio naszła mnie chęć zmalowania czegoś i trafiłam na warsztaty grafiki artystycznej "Kolograf. Faktura, kształt, forma" w Muzeum Drukarstwa w Nowym Targu. 

Kolograf jest to jedna z technik grafiki warsztatowej, czasem zwana grafiką strukturalną. Do matrycy(w moim przypadku tekturki) przykleja się różne materiały, jak: kawałki papieru, tekturki, tkaniny, sznurka itp. Z przyklejonych elementów powstaje kolaż, który pokrywamy impregnatem(lakier bezbarwny lub klej typu wikol) zabezpieczającym matrycę przed nadmiernym piciem farby drukarskiej. W fachowej grafice warsztatowej do robienia odbitek używa się prasy drukarskiej, w twórczości amatorskiej użyłam sprytnego gumowego wałeczka.
Innym sposobem na zrobienie efektów specjalnych na odbitce jest bezpośrednie odbicie na kartce danego kształtu za pomocą np. sznurka czy folii bąbelkowej.



      
Szkic i elementy do matrycy oraz sama matryca


      
Matryca pokryta farbą, moment odbijania farby na kartce przy pomocy sprytnego wałeczka oraz efekt końcowy... miał być domek na górce, a wyszła... PRACZKA...?


Kolejna próba umieszczenia domku na górce wyszła równie interesująco(to bardzo pomocne słowo kiedy nie wiadomo czy cieszyć się z (po)twora czy nie...)

   
Nakładanie farby bezpośrednio na kartkę przy pomocy folii bąbelkowej, tekturki i sznurka


MÓJ DOMEK :)

wtorek, 8 października 2013

Łazienkowce pospolite na salonach

Czasem przychodzi taki moment, kiedy chciałoby się stworzyć coś "wiekopomnego", a tu ani pomysłu nie ma, ani zapału... są tylko chęci. Bywa, że przeszkodą jest trywialny brak materiałów do stworzenia czegoś "wielkiego", więc trzeba zadowolić się tym, co jest na wysokości oczu. A na wysokości moich oczu czasem znajdują się białe, gładkie i błyszczące płytki w mojej łazience. Kiedyś synapsy mi zaskoczyły (oj, leniwce z nich straszne, ale czasem dają radę!!!) Pomyślałam, podrapałam się po głowie i zabrałam moje autko na wycieczkę krajoznawczą w poszukiwaniu ładnych płytek (bo przecież ze ściany nie będę rwała ;). Ponieważ takie twory mieszczą się w haśle "ceramika", więc poszły w ruch farby do tegoż podłoża. A że najprostsze do namalowania są kwiatki, więc temat sam się przywlókł i jakoś tak wyszło...
Płytki trzymają się dość pewnie na zwykłych haczykach do szafek wiszących, mocowanych przy użyciu kleju dwuskładnikowego "do wszystkiego" (wiszą już 2 tygodnie i nie odpadają, znaczy klej świetnie trzyma :)))
Zdjęcia zrobione na biegu, więc jakość jak zwykle płoży nisko niczym mech... Prace prezentowałam na wystawie w MDK-u myszkowskim. Wystawa jeszcze trwa, ale już niedługo płytki znowu będą zbierały u mnie kurz :p


Cóż mogło być innego na moim obrazku jak nie polne badyle???

 Bardzo starałam się namalować jakieś dostojne kwiaty, ale cóż... ręka zawsze postawi na swoim...

 Owocki namalowane do jednej ze Strasznych Historii, ale również "z potrzeby serca"

Tak ceramiczne obrazki prezentują się na ścianie sali wystawowej

piątek, 14 czerwca 2013

Ku chwale.. i ogólnemu dobru..

Jakiś czas temu, będąc na kółku plastycznym, zostałam "poproszona" (tzn. Szefowa naszego kółka wjechała mi na ambicję i mogłam jedynie pomarudzić sobie pod nosem robiąc co było do zrobienia) o narysowanie dwóch obrazeczków. Z dzieł tych miały być zrobione pocztówki i rozdawane dzieciom w dniu ich święta. Nie wiem czy tak właśnie było, ale na stronie Miasta M. znalazłam info o tym. Obrazki narysowałam suchymi kredkami pastelowymi. Mam nadzieję, że (po)tworki nie straszą po nocach obdarowanych nimi dzieci :)


Domki, ostatnio częsty motyw w moich rysunkach, czy szytych obrazkach.

Tulipany, ponieważ są zawsze wdzięczne i motyle na nie lecą :))

  
Cztery prace (również moich Koleżanek), z których zrobiono kartki. I... kartka podpisana moim nazwiskiem :D

środa, 29 maja 2013

Bzik w zewnętrznym kolorze tęczy

Czy wspominałam już, że mam "ciągoty" do kwiatów? Nawet nie chodzi o ich dostawanie, bardziej o posiadanie ładnych okazów. Nie zawsze mogę mieć żywe, wiec je maluję, robię z bibuły, z wiórów osikowych, na szydełku, haftuję itp. Jakoś tak samo wyszło, że najbardziej lubię polne kwiaty, szczególnie maki. Dziwne, bo czerwień w swoim ubiorze czy otoczeniu toleruję, ale niekoniecznie lubię. Ale maki, z czego i jak bym je nie robiła, zawsze mi wychodzą. Mam pewną teorię na temat mojej miłości do nich. Po pierwsze, nie mogę ich posiadać w stanie żywym, ponieważ kiedy je przynoszę do domu, one od razu wyglądają jak żałosne szczątki makowej sukni balowej po bardzo burzliwym wieczorze. Po wtóre, na moim balkonie w skrzynce nie chcą rosnąc, więc są dla mnie niejako "nieosiągalne". Wiem, że moja "miłość" do nich jest tylko jednostronna i absolutnie nieodwzajemniona, ale cóż, może właśnie dlatego bardziej ich pożądam? Jednak jest w tym wszystkim jedna rysa, która właśnie została zadana memu sercu w tym tygodniu. A było to tak:
Od paru lat zazdrościłam różnym osobom, że pięknie malują akwarelkami. Zapragnęłam, zawzięłam się, kupiłam sobie podstawowy zestaw farb i odpowiedni papier. Nabyłam również nowy pędzelek, żeby nie było, że nieprofesjonalnie podchodzę do tematu. Poobserwowałam znajomych w jaki sposób malują tymi farbami. Znowu pomyślałam. Trochę to wszystko trwało. Aż tu szefowa naszego kółka plastycznego postraszyła mnie, że zrobi mi wystawę indywidualną. No i się zaczęło szukanie weny tu i ówdzie. Stworzyłam makowego (po)twora i co się dowiedziałam? Że zero we mnie delikatności i że siepię farbą jak cepem... buuuu ;(  Hmmm... I dostałam radę: "Benia, ty lepiej zostań przy olejach".  Więc skoro już i tak maki na wystawę nie pójdą, to przynajmniej tu je sobie "powieszę".

 Tytuł: maki; podtytuł: żałosne wykonanie cudownej wizji Beni

Na poprawę nastroju po poprzednim depresyjnym obrazie: maki z Wiednia, świeżutkie, ledwie w zeszły weekend cyknięte :)



 Troszkę polskich maków cykniętych tu i ówdzie

 Żeby trochę tą czerwoność zmącić przyniosłam chabry, które też nie zawisną nigdzie...

środa, 30 stycznia 2013

Czyżby mnie poniosło...?

Odwilż. Niby coraz cieplej. Niby słoneczko wychyliło się zza deszczowych chmur na całe 5 sekund. Niby bliżej wiosny. Ale przecież nie o takie błogie ciepełko chodziło!!! Kiedy na zewnątrz panuje roztopowa pogoda, ktoś tam sterujący aurą powinien wynagrodzić dyskomfort mokrych butów i wilgotnego chłodu włażącego pod kurtkę! Powinien przynajmniej chuchnąć ciepłym powiewem, albo okrasić smutne niebo chociaż skrawkiem tęczy... czy to tak wiele?
Nie chciało milusie ciepełko przyjść do mnie, więc się wypięłam na pogodę za oknem, i stworzyłam sobie własną wiosnę w domu. Z mojej przepaścistej szafy pełnej niespodzianek (tzn wrzuconych nieuważnie i zapomnianych rzeczy) wyciągnęłam farby i popadłam w szał twórczy. Oczywiście, jak zawsze w takim stanie, narobiłam trochę głupstw (ale tylko troszkę, akurat na tyle, żeby załamać jedną z rąk, tą której nie używam do malowania). Poprawiłam sobie nastrój i jakoś tak, nieomalże, prawie, poczułam się artystycznie spełniona. Stan ten, jak zwykle, przeminie jutro z samego rana i znowu będę pchała ręce w jakieś uszczęśliwiające mnie robótki :)
Wzory same się wymyślały, tzn ręka leciała jak głupia nie zważając na pragnienia właścicielki, a mózg po chwili ratował sytuację i kombinował szybko jak można uratować filiżaneczkę przed abstrakcyjnym "cosiem". Dlatego kwiatki posiadają niestandardową ilość płatków, listki są z innych kompletów, a stworzonka... cóż, są z mojego świata, dlatego takie inne.
Rada: jeśli zapiekasz w piekarniku wzorek na porcelanie patrz cały czas na termometr i pilnuj czasu. Farby są tak złośliwe jak gotujące się mleko-zawsze wykorzystają chwilę nieuwagi i się przypalą.


Przypalone (po)tworki. Niby reanimowałam, niby poprawiałam jeszcze raz. Niestety, ciemność zawsze wyłazi. 

Przefajnowałam i na jednej maleńkiej filiżaneczce zrobiłam wzorków jak na całej zastawie stołowej. Ech...

Wspomnienia z letnich wędrówek przez łany zbóż...

Nie mogło zabraknąć maków. Jeden z najprostszy kwiatów do namalowania. Robisz czerwoną plamę i dorysowujesz konturówką środek i płatki.

Tak, żeby nie było nudno od samych kwiatów, domalowałam sobie rybki w akwarium :)

wtorek, 22 stycznia 2013

Dobrodziejstwo Tanich Sklepów

Przyszłam na chwilkę, żeby się pochwalić pracą moich zdolnych rączek. Ach, och i w ogóle... hmmm... SAMA OPRAWIŁAM OBRAZKI!! Był to wyczyn nie lada, ponieważ parę lat temu, w momencie rozpoczęcia krzyżykowania wzoreczków, nie przewidziałam w co je oprawię i do czego toto będzie służyło, więc kanwę cięłam jak popadnie. Radością była sama czynność śmigania igłą. Wtedy nawet nie interesowało mnie na czym haftuję. Czy kanwa jest odpowiednia, czy posiada duże krateczki czy małe. Po prostu szłam do sklepu i kupowałam metr bieżący "czegoś". Ostatnio robiąc porządki w szafach, wyciągnęłam różne krzyżykowe "cosie". Oczywiście dużo niedokończonych. Do tego bez schematów, bez opisu kolorków. Po prostu masakra!! Powinnam po głowie sobie dać za taki bałagan (tzn. artystyczny nieład :)). Parę dni zajęło mi znalezienie wzorków na necie. Wykończyłam (po)tworki i zapadłam w długą zadumę. Bo co ja mogę z takim czymś zrobić? Poduszka nie wyjdzie, na kartkę za duże. Obrazek można zrobić, ale dawać taki, hmm, "niezwykłej urody i jeszcze wyśmienitszej równości" kawałek szmatki do oprawy? Hmmm... Wymierzyłam moje "cosie", poszłam do Taniego Sklepu, kupiłam cztery obrazki, dokonałam ich destrukcji i na ich miejsce wsadziłam moje "krzywulki"!! I teraz się uśmiecham jak głupia do samej siebie, że taka zdolna jestem :)
Najciężej było naciągnąć przykrótką kanwę. Wszystko jest mocowane od tyłu obrazka na taśmą klejącą dwustronną. Na wierzchu, w ramach maskowania i niejako przedłużenia kanwy, przykleiłam taśmę papierową. Efekt jest zadowalający :)


Moje pierwsze własnoręcznie oprawione obrazki :)

Tył obrazka. Brakuje jeszcze gwoździków, żeby nie wypadło to wszystko z ramki. Ale kanwa się tak rozpycha, że nawet nie potrzeba ich.

piątek, 11 stycznia 2013

Szukam konia do moich sanek...

Za oknem biało, śnieżek trzyma się dzielnie pomimo dodatnich temperatur. Aż chce się iść na sanki. A jeszcze lepszy byłby kulig! Ale ostatnio chyba nie mam szczęścia, ponieważ trafiły mi się koniki oporne do współpracy. Tylko by biegały i łapały wiatr w grzywy. Nawet Pianka, swawolny kucyk, swoim kucykiem mi pomachała i pobiegła do stajni jeść frykasy. Niby dziewczyna-powinna wspomóc koleżankę, a tu taka samowolka! A dwaj chłopcy rozbiegani, też nie chcą dać się złapać i zaciągnąć do zaprzęgu. Rudemu się nie dziwię, wszak to Demon we własnej osobie, ale ten drugi, Otis, może skuszę go jabłuszkiem? Przecież latem nawiązała się między nami jakaś nić porozumienia... Głównie to było mierzenie się wzrokiem, ale to zawsze coś.
Ale „nic to” jak mawiał p. Wołodyjowski. Powieszę sobie teraz moje obrazki nad łóżkiem i już mi koniki nie uciekną! I będę w posiadaniu dużych "zwierzy" w domu :)
Obrazki to oczywiście olej na płótnie, bo inne farby jakoś mi nie „leżą”. Jedno płótno z odzysku, drugie ze starych lnianych zasłon. Wszystko jeszcze mokre i powoniące terpentyną i olejem. Jak wyschnie za parę dni, to poprawię błędy, które już widzę. Póki co, niech koniki cieszą oczy nie tylko moje :)


Pianka, ta niecnota rozbrykana.

Demon i Otis, bardzo nieskorzy do współpracy przy ciągnięciu moich sanek :(

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Historia pewnych okienek

I stało się. Wreszcie z najgłębszych głębin mego głębokiego umysłu wyszedł na światło dzienne (po)twór! Rodził się w wielkich bólach. Opieszale krążył na granicach myśli i zapomnienia. Czasem na nowo powoływany do życia, to znów strzepywany nieuważnym ruchem jak paproszek z rękawa. Jednak teraz nastał JEGO czas. Czas, kiedy... obudziły się (po)twory...
A wszystko zaczęło się od zupełnie niewinnego faktu, kiedy to parę lat temu będąc na plenerze malarskim, popełniłam obrazek. Tematy zadane: pejzaż i kwiaty. Z braku weny a nadmiaru innych wrażeń, jakaś przestrzeń do ogarnięcia się znalazła. Za to ten drugi temat jakoś mi niespecjalnie leżał. Bo jakże to przywieść z pleneru w małym miasteczku obrazek z kwiatkami w wazonie? Tego moja, nazwijmy to "wrażliwość", nie była w stanie ogarnąć. Wiec skoro na pejzażu zasadziłam kwiaty na łączce, to drugie kwiaty? Hm... Przechadzając się to tu, to tam, natrafiłam na obiekt przepięknej urody, a jeszcze piękniejszej lokalizacji. Na wprost niewielkiej skarpy znajdowały się trzy okienka z żółtym kwieciem na parapecie. Tryptyk jaki powstał był niczego sobie. Dawno poszedł "do ludzi" i cieszy czyjeś oczy. I taki byłby koniec moich wspominek nad obrazkiem, gdyby nie fakt, że zdjęcie owegoż dzieła pokazałam Przyjaciółce. Od tamtej pory oważ Kobieta zachorowała na ciężką przypadłość, zwana "namalowałaś dla mnie okienka?" W swej naiwności myślałam, że machnąć dwa podobne obrazki to łatwizna, a tu okazuje się, że niemoc twórcza przyszła do mnie znienacka i pędzelek jakoś źle leżał w moim ręku. Przełom nastąpił niedawno, kiedy to moja Przyjaciółka, w ostatnich godzinach Starego Roku, przyznała mi się do posiadania "obniżonego nastroju", może nawet depresji. (W stanie w którym była ja też czasem miewam depresję. U mnie ona mijają koło południa dnia następnego...) I chęć wywiązania się z obietnicy jakoś zbiegła się z momentem czynienia postanowień noworocznych. Cóż, życie ciągle mnie zaskakuje...


Jeden z moich (po)tworów zwany niewinnie: Okienka :) [olej na płótnie. W ramki oprawi nowa Właścicielka :p ]