menu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 listopada 2012

Dyniowe pyszności

Pozazdrościłam moim kumpelom wspaniałych osiągnięć kulinarnych. Moje zdolności w tej dziedzinie są raczej marne. Nie posiadam odpowiedniej dozy... cierpliwości, żeby coś co przyrządzam było np: wyjęte z piekarnika w "idealnym dla siebie czasie". Dlatego też daniem, które wychodzi mi najlepiej jest zupa. Ponieważ za oknami nadal króluje piękna, złota jesień, mój wybór warzywny był jakże przewidywalny. Ze sklepu przytachałam pękatą, 4-kilogramowa, złocistą dynię. Znalazłam przepisik w necie i zaczęłam czynić moje czary. W przyrządzaniu zup najcudowniejsze jest to, że jakkolwiek bym nie pokroiła warzyw, zawsze będzie dobrze. A w tym przypadku jest jeszcze prościej, ponieważ zupa z dyni jest miksowana :) i pożera się jedwabisty, słoneczny kremik. Jak na mój debiut, danie wyszło smaczne.
W zupie złocistej dyni towarzyszyły: marchewki, ziemniaczki i dorodna cebulka. Łyżka masła i przyprawy przeobraziły wszystko w niezapomnianą ucztę smakową.

 Moja słoneczna  dyńka, sprawczyni dobrego nastroju.

Twór, który powstał z mojego słonecznego warzywka :)

środa, 31 października 2012

Dyniowe święto :)

Ostatnio rozmyślałam dużo o "polskiej złotej jesieni". Szczególnie w ostatnim tygodniu, kiedy za oknem panowała omalże nieskalana... biel. Śnieg w październiku. Po prostu rozkosz!!! Ale, ponieważ jestem "niestrudzoną poszukiwaczka", szukałam bardzo złotej jesieni w różnych zakamarkach. A to na jabłonce uśmiechało się do mnie rumiane cudeńka, a to na polu kukurydzy szczerzyły się ziarenkami kolby, a to w lesie coś niesamowitego ukazywało mi swoje wdzięki. Jednak, jak we wszystkich poszukiwaniach, nie wzięłam pod uwagę "przypadku". Bo to właśnie "przypadek" sprawił, że w moim domu niespodziewanie, drogą darowizny i to podwójnej, zjawił się ON. ON miał przeznaczenie zupowo-kompotowe. Już ostrzyłam noże do rzezi! Już największy gar w całej mojej kuchni szykowałam! Już ślina mi do pasa zwisała! Już podwijałam rękawy... Aż tu... spojrzałam w te oczęta wystraszone. Troszkę gniewne, ale takie prawie jak żywe. No i ON został u mnie nietknięty. Teraz panoszy się w kuchni. Zagląda do garnków szukając przysmaczków. Nie jest uciążliwy. Za to niezmiennie, codziennie, o każdej porze dnia i nocy, przypomina, że to jeszcze jest, miłościwie nam panująca, JESIEŃ!!!

Absolutnie bez fotomontażu. Nawet buziunia nie jest wydrapana przeze mnie

Paru koleżków ONEGO, którzy również mieszkają w mojej kuchni. Jeszcze nie znaleźli własnego miejsca, ale nastąpi to już niedługo.

 To na deser, zdjęcie z mojego pobytu w Chicago. Przygotowania do Halloween.

Jako "wisienka na torcie" dekoracja na ulicy. Po prostu boskie!!! Ujrzenie takiej rozbawionej grupki na swej drodze gwarantuje szczerzenie zębów przynajmniej przez 5 minut :)