menu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 października 2013

Łazienkowce pospolite na salonach

Czasem przychodzi taki moment, kiedy chciałoby się stworzyć coś "wiekopomnego", a tu ani pomysłu nie ma, ani zapału... są tylko chęci. Bywa, że przeszkodą jest trywialny brak materiałów do stworzenia czegoś "wielkiego", więc trzeba zadowolić się tym, co jest na wysokości oczu. A na wysokości moich oczu czasem znajdują się białe, gładkie i błyszczące płytki w mojej łazience. Kiedyś synapsy mi zaskoczyły (oj, leniwce z nich straszne, ale czasem dają radę!!!) Pomyślałam, podrapałam się po głowie i zabrałam moje autko na wycieczkę krajoznawczą w poszukiwaniu ładnych płytek (bo przecież ze ściany nie będę rwała ;). Ponieważ takie twory mieszczą się w haśle "ceramika", więc poszły w ruch farby do tegoż podłoża. A że najprostsze do namalowania są kwiatki, więc temat sam się przywlókł i jakoś tak wyszło...
Płytki trzymają się dość pewnie na zwykłych haczykach do szafek wiszących, mocowanych przy użyciu kleju dwuskładnikowego "do wszystkiego" (wiszą już 2 tygodnie i nie odpadają, znaczy klej świetnie trzyma :)))
Zdjęcia zrobione na biegu, więc jakość jak zwykle płoży nisko niczym mech... Prace prezentowałam na wystawie w MDK-u myszkowskim. Wystawa jeszcze trwa, ale już niedługo płytki znowu będą zbierały u mnie kurz :p


Cóż mogło być innego na moim obrazku jak nie polne badyle???

 Bardzo starałam się namalować jakieś dostojne kwiaty, ale cóż... ręka zawsze postawi na swoim...

 Owocki namalowane do jednej ze Strasznych Historii, ale również "z potrzeby serca"

Tak ceramiczne obrazki prezentują się na ścianie sali wystawowej

środa, 29 maja 2013

Bzik w zewnętrznym kolorze tęczy

Czy wspominałam już, że mam "ciągoty" do kwiatów? Nawet nie chodzi o ich dostawanie, bardziej o posiadanie ładnych okazów. Nie zawsze mogę mieć żywe, wiec je maluję, robię z bibuły, z wiórów osikowych, na szydełku, haftuję itp. Jakoś tak samo wyszło, że najbardziej lubię polne kwiaty, szczególnie maki. Dziwne, bo czerwień w swoim ubiorze czy otoczeniu toleruję, ale niekoniecznie lubię. Ale maki, z czego i jak bym je nie robiła, zawsze mi wychodzą. Mam pewną teorię na temat mojej miłości do nich. Po pierwsze, nie mogę ich posiadać w stanie żywym, ponieważ kiedy je przynoszę do domu, one od razu wyglądają jak żałosne szczątki makowej sukni balowej po bardzo burzliwym wieczorze. Po wtóre, na moim balkonie w skrzynce nie chcą rosnąc, więc są dla mnie niejako "nieosiągalne". Wiem, że moja "miłość" do nich jest tylko jednostronna i absolutnie nieodwzajemniona, ale cóż, może właśnie dlatego bardziej ich pożądam? Jednak jest w tym wszystkim jedna rysa, która właśnie została zadana memu sercu w tym tygodniu. A było to tak:
Od paru lat zazdrościłam różnym osobom, że pięknie malują akwarelkami. Zapragnęłam, zawzięłam się, kupiłam sobie podstawowy zestaw farb i odpowiedni papier. Nabyłam również nowy pędzelek, żeby nie było, że nieprofesjonalnie podchodzę do tematu. Poobserwowałam znajomych w jaki sposób malują tymi farbami. Znowu pomyślałam. Trochę to wszystko trwało. Aż tu szefowa naszego kółka plastycznego postraszyła mnie, że zrobi mi wystawę indywidualną. No i się zaczęło szukanie weny tu i ówdzie. Stworzyłam makowego (po)twora i co się dowiedziałam? Że zero we mnie delikatności i że siepię farbą jak cepem... buuuu ;(  Hmmm... I dostałam radę: "Benia, ty lepiej zostań przy olejach".  Więc skoro już i tak maki na wystawę nie pójdą, to przynajmniej tu je sobie "powieszę".

 Tytuł: maki; podtytuł: żałosne wykonanie cudownej wizji Beni

Na poprawę nastroju po poprzednim depresyjnym obrazie: maki z Wiednia, świeżutkie, ledwie w zeszły weekend cyknięte :)



 Troszkę polskich maków cykniętych tu i ówdzie

 Żeby trochę tą czerwoność zmącić przyniosłam chabry, które też nie zawisną nigdzie...

piątek, 11 stycznia 2013

Szukam konia do moich sanek...

Za oknem biało, śnieżek trzyma się dzielnie pomimo dodatnich temperatur. Aż chce się iść na sanki. A jeszcze lepszy byłby kulig! Ale ostatnio chyba nie mam szczęścia, ponieważ trafiły mi się koniki oporne do współpracy. Tylko by biegały i łapały wiatr w grzywy. Nawet Pianka, swawolny kucyk, swoim kucykiem mi pomachała i pobiegła do stajni jeść frykasy. Niby dziewczyna-powinna wspomóc koleżankę, a tu taka samowolka! A dwaj chłopcy rozbiegani, też nie chcą dać się złapać i zaciągnąć do zaprzęgu. Rudemu się nie dziwię, wszak to Demon we własnej osobie, ale ten drugi, Otis, może skuszę go jabłuszkiem? Przecież latem nawiązała się między nami jakaś nić porozumienia... Głównie to było mierzenie się wzrokiem, ale to zawsze coś.
Ale „nic to” jak mawiał p. Wołodyjowski. Powieszę sobie teraz moje obrazki nad łóżkiem i już mi koniki nie uciekną! I będę w posiadaniu dużych "zwierzy" w domu :)
Obrazki to oczywiście olej na płótnie, bo inne farby jakoś mi nie „leżą”. Jedno płótno z odzysku, drugie ze starych lnianych zasłon. Wszystko jeszcze mokre i powoniące terpentyną i olejem. Jak wyschnie za parę dni, to poprawię błędy, które już widzę. Póki co, niech koniki cieszą oczy nie tylko moje :)


Pianka, ta niecnota rozbrykana.

Demon i Otis, bardzo nieskorzy do współpracy przy ciągnięciu moich sanek :(

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Historia pewnych okienek

I stało się. Wreszcie z najgłębszych głębin mego głębokiego umysłu wyszedł na światło dzienne (po)twór! Rodził się w wielkich bólach. Opieszale krążył na granicach myśli i zapomnienia. Czasem na nowo powoływany do życia, to znów strzepywany nieuważnym ruchem jak paproszek z rękawa. Jednak teraz nastał JEGO czas. Czas, kiedy... obudziły się (po)twory...
A wszystko zaczęło się od zupełnie niewinnego faktu, kiedy to parę lat temu będąc na plenerze malarskim, popełniłam obrazek. Tematy zadane: pejzaż i kwiaty. Z braku weny a nadmiaru innych wrażeń, jakaś przestrzeń do ogarnięcia się znalazła. Za to ten drugi temat jakoś mi niespecjalnie leżał. Bo jakże to przywieść z pleneru w małym miasteczku obrazek z kwiatkami w wazonie? Tego moja, nazwijmy to "wrażliwość", nie była w stanie ogarnąć. Wiec skoro na pejzażu zasadziłam kwiaty na łączce, to drugie kwiaty? Hm... Przechadzając się to tu, to tam, natrafiłam na obiekt przepięknej urody, a jeszcze piękniejszej lokalizacji. Na wprost niewielkiej skarpy znajdowały się trzy okienka z żółtym kwieciem na parapecie. Tryptyk jaki powstał był niczego sobie. Dawno poszedł "do ludzi" i cieszy czyjeś oczy. I taki byłby koniec moich wspominek nad obrazkiem, gdyby nie fakt, że zdjęcie owegoż dzieła pokazałam Przyjaciółce. Od tamtej pory oważ Kobieta zachorowała na ciężką przypadłość, zwana "namalowałaś dla mnie okienka?" W swej naiwności myślałam, że machnąć dwa podobne obrazki to łatwizna, a tu okazuje się, że niemoc twórcza przyszła do mnie znienacka i pędzelek jakoś źle leżał w moim ręku. Przełom nastąpił niedawno, kiedy to moja Przyjaciółka, w ostatnich godzinach Starego Roku, przyznała mi się do posiadania "obniżonego nastroju", może nawet depresji. (W stanie w którym była ja też czasem miewam depresję. U mnie ona mijają koło południa dnia następnego...) I chęć wywiązania się z obietnicy jakoś zbiegła się z momentem czynienia postanowień noworocznych. Cóż, życie ciągle mnie zaskakuje...


Jeden z moich (po)tworów zwany niewinnie: Okienka :) [olej na płótnie. W ramki oprawi nowa Właścicielka :p ]